

Justyna Barańska – ur. 1988 r. w mieście Wojaczka, mieszka w Rudzie Śląskiej. Studiuje kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.
Uwielbia czerwone buty, fioletowe niebo i Czesławów. Wraz z poznaniem Baudelaire’a w jej życiu na stałe zagościła poezja.
Nagrodzona na Portalu Pisarski za opowiadanie „9”, a wiersz „pięć na dwa” wyróżniła Mirka Szychowiak.
Jej teksty zostały umieszczone w Antologii Forum: Ogród Ciszy, zatytułowanej: „ogrodowe pejzaże” (2009) oraz w Antologii Forum Plezantropia (2009). Wiersze ukazały się również w kwartalniku sZAFa (32/2009).
Używane pseudonimy: anima, hayde, czerwona oranżada.

Opublikowano mnie w:

Ciekawe strony:


Strony związane z literaturą/ czasopisma:
sound of silence
[18.02.10/00:16][Posłuchaj, poczytaj... ale nie odlatuj]
podróż
Wypływamy na morze. Kierunek: górski,
przynajmniej takie jego kształty – wznosić i upadać
z bocianiego gniazda, zamiast anteny radiowej
łaskotanie wszystkich (meduz, syrenek i elektrycznych węgorzy),
którzy ocierają się o podbrzusze żaglowca.
Kapitan krzyczy, że coś się dzieje z horyzontem,
więc patrzę w lunetę, ale to kalejdoskop,
wszystkie światy przed nami otwierają ramiona
i nie trzeba sypiać ze szczurami lądowymi,
ziemskimi fundamentami, zaprawą, gipsem – nogi lżejsze
jakby to było tylko trzysta lat świetlnych drogą morską,
a nie cała wieczność – na swój sposób i tak za krótka.
Kapitanie, to sen na poszewkę, żeby wszechświat, żebyśmy my,
żeby każdy chaos zasnął, gdy słońce skarleje.
Taka mgławica na powieki – komunikuję spojrzeniem.
Marynarze uwijają się w dole, to znaczy: rozumiem,
znajdziemy sobie inny horyzont. Ten szybko spowszechnieje,
stanie się skrzydlatym słowem, mimo że zostanie przyszyty do globusa
jak cień do Piotrusia Pana, przyklei się jeszcze z mydłem do każdych ust.
Piana obmywa burtę, rozchyla się paszcza przekonująca,
że jest tylko tunelem, przeniesie odyseję jeszcze dalej
niż Jowisz. Więc zaciskam dłonie na heblowanej obręczy,
znad której widzę zaprzeszłe spacery chodnikami bez krawężników
i śpiewam: Hello darkness, my old friend*, ale nie ma już kto słuchać,
wirują gwiazdy, kamyczki w lunecie odbijają się od luster.
Potem policzki rozchłostane każą oddychać, otwierać oczy
na niebo, które zmienia się w kuchenny sufit, kilka twarzy
mokrych i przerażonych. Ocknij się! Jedyne, co mogę,
to powiedzieć, że już jestem.
/Rajcza, luty 2010/
* Simon & Garfunkel - Sound Of Silence
Telefon
[17.02.10/12:42]- Słucham?
- Cześć! – Z głośnika telefonu popłynął damski głos.
- A co za „cześć”?
- Tu Łucja, ale mów mi Luśka, bo inaczej zagłębimy się w estetykę naszych etykiet, zamiast poszerzać horyzonty. A przecież dzisiaj horyzont jest bardzo kolorowy i byłoby szkoda go zmarnować.
- A my się znamy? – Zdezorientowany chłopak próbował uchwycić wskazówkę z napływających słów, ale tłum, w jakim go napadły, nie sprzyjał koncentracji.
- Znasz lepszy sposób na rozpoczęcie roku, niż poznanie nowego przyjaciela?
- Znam!
- Jaki?
- Bawienie się z obecnymi przyjaciółmi! Mam tu ludzi pod dostatkiem, więc spadam do nich. Nara!
- No to „nara” – powiedziała bardziej do siebie niż do telefonu. Po drugiej stronie i tak już nikt nie odpowiadał.
Próbując wyplątać się z nadzwyczaj długiego kabla od słuchawki, wróciła do kuchni. Musiała skreślić w kajeciku kolejny numer. „To nie ten” – pojawiało się w jej myślach częściej od postanowień noworocznych.
- Znowu pudło? – Kot otarł się o jej kostki, nim wskoczył na blat szafki.
- Rozumiem, że jest dwunasta, ale wigilia była ponad tydzień temu. Czy nie powinieneś już przestać mówić?
- No, wiesz! – parsknął niby urażony. Już miał stanąć na tylnych łapach, by wykonać tysiąc piruetów i odśpiewać jedną z musicalowych piosenek, ale chęci wyprzedziła myśl, że w zasadzie to wcale mu się nie chce. Przypadkiem zauważył plamę na rudym futerku. Był zbyt przystojny, by pozwolić sobie na spędzanie sylwestra w brudnym fraku.
- Nie mógłbyś się lizać w łazience?
- A nie moglibyśmy gdzieś wyjść?
- Moglibyśmy, tylko…
- Tylko co? – Kot oderwał się od łapy, spoglądając podejrzliwie. Nie lubił tego typu wstawek, zwłaszcza, gdy pierwsza część zdania dawała nadzieję. – Spójrz na zegar, wszystkie kopciuszki potraciły już pantofelki i przebierają w domu groch. Możesz być spokojna, książęce serca zostały pozajmowane.
- Chwila!
Pobiegła do swojego pokoju. Jedynie po cieniu rozpoznawał, co się tam dzieje. Tona ubrań przelatywała przez pokój, przypominając ramiona wiatraka podczas wichury. Kilka z nich przekroczyło próg. Kot zeskoczył z szafki i trącał każde po kolei.
Ten sweter pachniał wiosenną miłością. Rozkwitały w nim pąki róż, których krzaki należało na jesień zakryć. Wciąż tkwiła na nim broszka, obarczona wspomnieniem górskiej wędrówki i leżakowania nieopodal schroniska.
Czarna bluzka leżała jak trumna na wszystkich pogrzebach, na które Łucja ją zakładała. Zadziwiająco często w ubiegłym roku dzwon wybijał ostatnią godzinę. „Chodźcie, chodźcie, owieczki!” – wołał do wciąż ociągających się ludzi. Za nimi przytłumiony korowód żałobników wbijał wzrok w ślady. Opowiadała kotu, że wtedy zawsze miała wrażenie, że zmarły zaraz wyskoczy ze swojego nowego łóżka i pobiegnie do dziury, żeby przyspieszyć sprawę. Ale oni tylko leżeli i wymuszali u niektórych łzy.
- O! stanik! – Zwierzę ucieszyło się na widok ulubionej części garderoby.
Poznali się, gdy rozpromieniona Łucja przyszła do domu z nowiną o spotkaniu kolejnego mężczyzny jej życia. Szczebiotała o dłoniach, które bez problemu obejmują kubek gorącej herbaty, o manierach, nakazujących przepuszczać kobiety w drzwiach.
- Nawet potrafił rozmawiać!
- Oho! Czyste szaleństwo – Kot przeciągnął się u jej stóp, licząc, że napełni miskę jakimś smakołykiem. – Mi też się zdarza i co?
- Byliśmy nad rzeką, w miejscu, gdzie w noc świętojańską puszcza się wianki. Szkoda, że nie ma teraz kwiatów. Musieliśmy sobie poradzić w inny sposób. Widziałeś kiedyś wianek z suchych liści?
„Przypadkowo” trącił łapą miskę. Dziewczyna nie reagowała, więc realizował hasło: nieszczęścia chodzą parami. Tym razem naczynie odbiło się od kafelek, powodując głośny brzdęk.
- No co ty wyprawiasz? – Złapała zwierzaka pod ramię. Poszli do pokoju, w którym zostawiła reklamówki z zakupami. – Spójrz, co kupiłam.
Niestety nadzieje kota nie ziściły się. Żadna świeża rybka nie wyłoniła się z czeluści torby, nie było tam również puszki z sardynkami ani camemberta. Ale zauważył coś, co zdecydowanie bardziej przykuło jego uwagę.
- Hę? – mówiło jego spojrzenie. – Koronka?
- Przecież to stanik. Nie rób takiej miny, jakbyś nie wiedział.
- Stanik?! Ale on nic nie zasłoni!
- A kto powiedział, że staniki mają zasłaniać? Trzymać – tak. Układać – tak. Ukrywać – niekoniecznie.
Po raz pierwszy kot poczuł się zaniepokojony. Ona chce się podobać temu facetowi! To nie było normalne. Czyste paznokcie, czasem pomalowane lakierem, włosy ułożone, zadbane. Garderoba zawierająca ubrania wygodne, aczkolwiek w dużej mierze eleganckie i robiące wrażenie. Do tej pory wszystko robiła dla siebie. A tu proszę… koronkowy stanik!
Kot podszedł do kapci, w których wygrzewał się pewnej wrześniowej nocy, oczekując powrotu Łucji. Nawet na niego nie spojrzała. Nie zapalając lampy, usiadła w kuchni. Ręce podtrzymywały głowę, oczy spoglądały za okno, jakby przypadkowo spadająca wtedy gwiazda miała wymazać ostatnie godziny. Unicestwić kobietę, która zajęła jej miejsce nad rzeką. Z zamyślenia wyrwał ją telefon.
- Rzucił mnie.
- Arek? – Próbowała zidentyfikować rozmówcę.
- Już mnie nie kocha, rozumiesz?
- Bierz wódkę i przychodź.
Zegar wybijał piątą nad ranem. Arka zabiły procenty, więc musiał bawić się w feniksa na kanapie. Łucja odpalała papierosa, marząc, żeby okazał się trutką na szczury, przenoszącą w świat Dziadka do orzechów. Znów wyglądała przez okno, chociaż gwiazdy całkiem już zbladły, a łzy oddała nieszczęściu przyjaciela. Pod palcami nadal czuła dotyk suchych liści.
- Kocie? – zawołała z pokoju. – Widziałeś gdzieś czarne kozaki?
Zwierzak powrócił z wycieczki do ubiegłego roku. Nie lubił go ze względu na Łucję. Częściej opuszczała dom, częściej ubierała się na czarno i zapraszała ludzi, którzy rano zapominali zamknąć za sobą drzwi.
- Jeden gonił karpie w wannie, ale mu trochę pomogłem, więc poszedł na spacer.
- Dokąd? – wychyliła się zza framugi. Luźno spięte włosy nadawały jej nieco romantycznego charakteru.
- Nie mówił. Mogę sprawdzić na balkonie.
- To goń go! Czemu się jeszcze ociągasz?
- Jasne – mruczał pod nosem. – Jak ścigać to kot. Trzeba było sprawić sobie psa, one biegają za wszystkim, co im się rzuci. Nie odróżniają nawet ogona od zabawki.
Rzeczywiście, but stał na balkonie i przez barierki przyglądał się sztucznym ogniom. Gdyby był napastowany, bez problemu mógłby stać się narcyzem. Wszystkie otaczające cuda odbijałyby się na nim samym.
- Chodź, jesteś potrzebny.
Rudzielec z niesmakiem złapał go w zęby. Czemu ten pokój jest tak daleko tak śmierdząco mieliśmy mieszkać w willi z basenem kamerdyner z rybą w zębach czarna kocica jak batem strzelił codzienna dostawa pachnących butów a tu tylko guma śmierdzi gorzej niż palona opona co ona sobie myśli traktować w ten sposób arystokratę będę musiał pogadać z chłopakami załatwić jej lepszą fuchę przeprowadzkę kocicę na każdej ulicy żeby nie brakło mojej krwi w świecie chociaż to sprawa elity czuję szprotki chce mnie przekupić żeby nie wychodzić nie ma mowy głupie psy srają pod siebie w łazienkach nigdzie nie wyjdą prać swoje styrane mózgi myślą że się w nich strzela a kto by tam ich brał na cel arystokracja w zagrożeniu ale my się nie boimy.
- Kocie! Idziesz?
- Bieeeegnę. – Leniwie przeciągnięta samogłoska idealnie odzwierciedlała jego tempo.
Jeszcze mnie będzie pospieszać faceci pospieszanie kozaki nie docenia mnie gdybym znał francuski powiedziałbym coś w stylu sakrable ale mamusia mówi że i tak jestem zbyt drogocenny tyle rąk się po mnie wyciągało że się pozabijali żadna sięgnąć nie mogła to jedyne możliwe wytłumaczenie wyjazdu do schroniska i Łucja z przylepionym nosem do szyby szef ochrony bredził o pchłach jakby nie wiedziały że wolno im mieszkać na dachowcach albo psach wtykających nosy w nie swoje sprawy.
- Dzięki. To co, możemy już iść?
- Możemy, ale wyglądasz co najmniej o pięć lat młodziej niż przed chwilą. Jesteś pewna, że czerwona szminka to dobry pomysł? Nogi ci się wydłużyły, księcia nie sprowadzą, ewentualnie następnego menela. Co też w twojej głowie siedzi, że pozwala się zadawać z plebsem?
Śnieg postanowił nie zaszczycić chodników tej zimy, więc czarne kozaki nie miały żadnej szansy na przemoczenie i spowodowanie szybszego powrotu do domu. Kot też wyjątkowo nie marudził. Luśka przypatrywała mu się, jak kroczy przepełniony dumą i energią do życia. Skąd ją brał?
Jacyś mężczyźni uśmiechali się z daleka, ale chyba tylko po to, by sprawdzić czy ich ofiarę wystraszy huk rzuconej w nią petardy. Nawet się nie wzdrygnęła. Pracując na strzelnicy, człowiek z czasem przyzwyczaja się do każdego hałasu, a może tylko nieco głuchnie, obojętnieje na otoczenie. Za to zwierzak pomknął przed siebie. Luśka była niemal przekonana, że wykorzystał sytuację, by się od niej uwolnić, odwiedzić kilka kocic i strzelić kielicha z kumplami. Co to za przyjemność zadawać się bezustannie z ludźmi? Wiecznie mają jakieś problemy, wyliczają wszystkie przygnębiające sytuacje, a spotkania z przyjaciółmi doprowadzają do jeszcze większej depresji. Nie lepiej zrzucić ubrania i zejść na cztery łapy?
- Nie boi się pani tak sama chodzić?
Podszedł do niej jeden od petard. Nie wyglądał na młokosa opętanego myślą o seksie, porniolach chowanych pod łóżkiem i tym wszystkim, co mógłby jej zrobić, gdyby zechciała zaprosić go do mieszkania. Zwężone od uśmiechu oczy wskazywały raczej na wysoki stopień podchmielenia, ale jednocześnie wyrażały szczere zainteresowanie.
- Widzisz, młody człowieku – zaczęła jak stara baba, czego zaraz pożałowała, bo zainteresowanie chłopaka gdzieś czmychnęło – czasami nawet strach jest lepszy od siedzenia samotnie w domu.
- To pani…
- Przepraszam na chwilę, ktoś dzwoni.
Numer niezidentyfikowany. Pewnie Arek bawi się służbowym.
- Królowa rozpusty i innych przywilejów, słucham.
- Witam uniżenie.
- A kim jesteś, zacny rycerzu? – Zdecydowanie nie był Arkiem i prawdopodobnie żadnym ze znanych jej mężczyzn, chociaż głos kogoś przypominał.
- Któż inny mógłby dzwonić o czwartej nad ranem, jeśli nie przyjaciel? – Zdziwiona Luśka milczała, chłopak z niecierpliwością przytupywał nogą. – Widzimy się za pięć minut pod twoim blokiem.
Nadal przyciskała telefon do ucha, mimo że rozmówca już się rozłączył. Co ma zrobić? Dzieciak spoglądał pytająco, upchnięte w kieszenie dłonie poruszały znacząco kluczami. Był przystojny, ale telefon… Gdyby olała sprawę, stałaby się hipokrytką – przynajmniej we własnych oczach. Każdy osobnik, z którym rozmawiała dzisiejszej nocy, szybko naciskał czerwony przycisk, pozostawiając ją z ciszą. Tylko ten jeden zaproponował spotkanie.
- No, młody, to szczęśliwego Nowego Roku. Ja już lecę, bo skończyło się te samotne spacerowanie. Cześć!
Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, pobiegła w stronę bloku, w którym mieszkała. Obeszła go dookoła, ale nikogo nie spotkała. Świetnie! Kolejny bezduszny skurwysyn! Ostro przeklinała w myślach, wchodząc po schodach do klatki. Czekał już tam na nią kot.
- Nareszcie jesteś!
- Nawet mnie nie denerwuj – na jej twarzy wystąpił grymas. W końcu on też jest płci męskiej!
- O co chodzi?
- Wyobraź sobie, że zadzwonił jakiś koleś – otworzyła mu drzwi – i chciał się spotkać. Pędzę jak wariatka, a on nie przyszedł!
- Jak to nie przyszedł?
- A tak to… Widziałeś tu jakiegoś kolesia?
- Nie, ale…
- No właśnie! W balona mnie zrobił!
- Ale Luśka!
- Co?!
- To ja dzwoniłem!
Dziewczyna stanęła jak wryta z jedną nogą wymierzoną w następny stopień.
- Ty? Po co?
- Bo kto inny z tobą wytrzyma, co? – Spojrzał na nią nieco urażony. – Mieszkamy razem od dwóch lat, owszem, czasem się sprzeczamy, ale to budujące kłótnie. Potrafimy się dogadać, nie wchodzić sobie w drogę, kiedy mamy kompletnie aspołeczny nastrój. Śmiejemy się z tych samych idiotycznych dowcipów, kochamy Audrey Hepburn i każde z nas marzy o widoku z okna na las zakończony linią morza. Jesteśmy stworzeni dla siebie!
- Kocie? – Czuła, że pochłania ją ziemia. – Przecież ty jesteś kotem! A ja człowiekiem!
- Wiem, wiem, ale nie pamiętasz tych wszystkich historii? Wystarczy, że mnie pocałujesz. Albo ty zmienisz się w kocicę, albo ja w mężczyznę.
Nadstawił pyszczek. Luśka westchnęła i wyminęła go na schodach.
- Chodź – odwróciła się – za chwilę będą powtórki naszego serialu.
chichot
[05.02.10/18:37]- Sancho? - szepnął Don Kichot, gdy jego towarzysz po ciężkim dniu wypełnionym przygodami i wypytywaniem o piękną Dulcyneę układał się do snu.
- Czego?!
- Dzięki, że we mnie wierzysz.
VI. Zalew
[03.02.10/17:42]
Popatrzył na swoją twarz, odbitą w tafli jakiegoś zabrudzonego zalewu, obrośniętego na dodatek zgrają kiczowatych w banalności krzaków, i pomyślał, że coś mu umknęło w tej opowieści. O ile podróż rozpoczęła się bardzo konkretnie, o tyle teraz czuł się rozmyty, zupełnie jakby ktoś odebrał mu kontury. Głupio było zapytać: kim jestem, gdy odczuwał przepływ całego świata. To gorzej niż stać się powietrzem, które przynajmniej jest niezbędne do życia i którego substytutu żaden prosty wieśniak nie wytworzy. Ba! Miał wątpliwości, czy nawet naukowiec by podołał.
Twarz wzbogacona o fale wykrzywiła się. Był to uśmiech człowieka dbającego z niesamowitą pilnością, by jego imię pozostało w ukryciu. Woda zapewniała anonimowość, spowalniała ruchy, które za linią brzegu powodowały konsekwencje. A konsekwencje jego myśli nie pozwalały przekroczyć tej kuszącej granicy, zanurzyć się po czubek nosa. Najzwyczajniej zniknąć w procesie dyfuzji. Kropla krwi za kroplę wody rozpraszającą swoim chłodem wszystkie wyobrażenia.
Mogłoby się tak stać, ale rany po wbitych pazurach Herflika wciąż bolały. Jego misja odnalezienia Joanny stała się obsesją. Może właśnie w ten sposób ludzie się zakochują? Ktoś aplikuje im truciznę, działającą tylko na daną część mózgu. Neurony pobudzają pamięć częściej niż zwykle, w szczególności pewien obszar - obraz, na którym utrwalił się ten on czy ta ona.
- Pora iść dalej – na tarczy zegarka wskazówki ustawiły się do siebie prostopadle, co oznaczało, że bezlitośnie wybiła trzecia. Nigdzie nie poszedł.
- Która strona jest mi pisana? Teraz, gdy Chrystus kona na krzyżu i przebrzmiałe od jego Eli, Eli lama sabachtani chmury robią slalom w kierunku horyzontu, co chwilę zawracając, by rozmywać się razem ze mną?
Coś się szykuje, ale nie miał już odwagi powiedzieć tego głośno. Siła, zwykle popychająca do przodu, ukryła się za symbolami. Raczej kusiła! Spod kusej spódnicy wystawiała nogę, kierując wzrok wprost na spływającą z przyszłych stygmatów krew. Niech się święci – uklęknął i pierwszy raz od wielu lat zasmakowało mu wino. Wyczuwał w nim jakąś metaliczność, jakby grot włóczni przebijającej święty bok dodawał aromatu. To była ta odrobina agresji, jaką wyzwala przyzwolenie na wyładowanie własnej słabości. Później przychodzi realność i trzeba zmierzyć się z tym, co wyczyniają ręce. Każdy mord można upchnąć w ramy sprawiedliwości, dociągnąć gorset, żeby zobaczyć jak mdleje z braku powietrza. Chwila. Rzuca się po podłodze, aż w końcu zamiera. Do działania przystępuje cisza.
Był jeszcze piasek, który wywiódł na pokuszenie i chleb, ciało pozbawione promieni słonecznych, bielsze od piany morskiej – z niej wyszła Wenus dająca jedynie miłość.
Klękając, odrzucił głowę w tył. Czuł na twarzy spojrzenie, godzinę trzecią i chmury. Nie mów, że nie przeistaczasz, bo dom twój stanie się jadłodajnią, sejmem z kanapkami, mównicą oraz ludźmi, uwijającymi się nad tworzeniem nowych obelg. O B E C N O Ś Ć zniknęła, nie pozostawiając nawet szansy na odpowiedź. Właśnie dlatego zaczął krzyczeć:
- Gdzie jesteś?!
- Zamknij się i wejdź do budki telefonicznej – odpowiedziała Joanna, zamykając drzwi drugiej.
Był jej wdzięczny, że z całej kochanej brytyjskości nie wybrała piętrowego autobusu ani nieruchomych facetów. Czerwona budka przypominała raczej szafę,
pozwalającą podglądać z ukrycia przechodniów. Rozmawiających przez telefon nie bierze się pod uwagę. Można stanąć do nich tyłem i niepostrzeżenie poprawić majtki, które złośliwie wżynają się w nieodpowiednią część ciała.
- Myślę, że tak będzie łatwiej – Joanna odezwała się w słuchawce.
- Dla kogo?
Ktoś sprytnie ustawił budki plecami do siebie, wbudowując pomiędzy kawałek ściany. Bezimienny żadnym sposobem nie mógł podejrzeć, co robi rozmówczyni. Tylko wyobraźnia podpowiadała, że znów ma czerwone usta.
- Dla mnie. Siedzenie w knajpach zawsze kończy się pod stolikiem, a to nie sprzyja naszej sytuacji, prawda? – Nie odpowiedział, więc kontynuowała. - Dostałam list. Ale on przyjdzie spóźniony.
- Co?
- List.
- List? – Wyobrażanie czerwonych ust osłabiło sprawność jego inteligencji. – Przyjdzie spóźniony? Niemożliwe. Już dotarł na czas.
- Ale będzie spóźniony. Oczko też ma swój krzyż, a jest już przecież po trzeciej. Musi wyzionąć ducha, żeby historia zatoczyła koło. Nie ma innego wyjścia.
- To po co to wszystko? – Chciał odwiesić słuchawkę, skoro i tak słyszał każde słowo bez jej pośrednictwa, ale nagle drzwi otworzył karzeł ubrany w strój ekipy remontowej. Pogroził mężczyźnie palcem, mamrocząc coś o trzymaniu się zasad, karach za niesubordynację, jak również o prognozach pogody. Przestały pozytywnie usposabiać do zachowań zalewu. Bezimienny pokiwał głową. Jaki miał wybór? Stanąć naprzeciw wody i modlić się o deszcz, żeby pozwolił zbliżyć się do krawędzi?
- Wszystko to my. Każda budka z czasem staje się zamieszkała, tylko że nie przez ludzi. Ludzie są głupi…
[Narrator ubolewa, podobnie jak jego bohater, chciałby zobaczyć, co w tej chwili robi Joanna. Czy zaciska kurczowo palce na słuchawce, spoglądając w ziemię? Włosy równie dobrze mogłyby zakryć przeszklone oczy, co być trzymane w ryzach przez wielką spinkę w kształcie ważki. A gdyby siedziała na krześle barowym, żując gumę i od czasu do czasu przekładając nogę? Na ile zmieniłby się dramat?]
…skupiają się na celu, zapominając, że to ruch udowadnia im, że żyją.
- Czy ty jeszcze żyjesz, Joanno? Nie zagłębiając się w hasła, które i tak zostały już milion razy wypowiedziane przez starszych, mądrzejszych, a nawet wieki temu. Nie wiem na ile nasza historia jest skończona, czy może też musi toczyć się w kółko?
Tym razem to nie karzeł, a kobieta otworzyła drzwi. Włosy ani nie opadały na oczy, ani nie zostały upięte w żaden sposób. Swobodnie spływały na ramiona, nie pozwalając jednak przeglądać się w nich. Nie każda tafla chce wchłaniać czy, idąc dalej, przetwarzać krajobrazy. Kosmyki połaskotały go po szyi, kiedy na wzór dziewczynki szukającej schronienia, Joanna przylgnęła do klatki piersiowej Bezimiennego. Nazwane zjawiska stają się oswojone, a on nie chciał zatrzymać tej chwili, która uczyniła z niego bohatera, bo już wiedział, że uratował Oczko.
Na nierozmytej twarzy Zaginionej-księżniczki rysowało się pytanie dotyczące krótkiej refleksji o śmierci. W dalszym ciągu nie był pewny odpowiedzi, ale przeczuwał, że ukrywa się gdzieś w konfrontacjach cmentarnych. Dzieci przemieszczające się między nagrobkami, wysuszone liście, które stają na drodze dęba. Z drugiej strony chłód, nadciągający od ziemi, tylko na pozór przepędzający go płomień znicza. I znów pytanie.
- A skąd pan wie, że pan jeszcze nie umarł?
- Pocałuj mnie – nadstawił się czerwonym ustom, rozchylonym i chętnym pieszczocie. Na wzór Belmonda przejechał palcem po własnych wargach, a ona wraz z Jean Sebereg odegrała wszystkie miny Patricii.
- Zadzwoniłam na policję – powiedziała, nie spuszczając wzroku z warg.
- Po co? To nie ja kradnę samochody, a Michel Poiccard. Zapytaj go, gdy następnym razem pozwoli ci zasnąć przed ekranem, po którym właśnie się przechadza.
- Michel to ty, trzeci krzyż na Golgocie, upadający od pięćdziesięciu lat na paryską ulicę z pomocą policyjnych kul.
Bezimienny bardzo chciał wskazać jej, gdzie to wszystko ma, ale nie pozwoliła mu na to. Odbiła szminkę na jego ustach, kosztując czubkiem języka smak perłowych zębów. Zwężone oczy wtórowały śmiechowi, kiedy stwierdziła, że jest całkiem apetyczny jak na podrzędnego gangstera, ale lepiej by było, gdyby pijał coś z większą ilością gwiazdek. Cała odpowiedź Bezimiennego miała zostać wyrażona w pocałunku, do którego nie doszło. Joanna opuściła budkę, pozostawiając za sobą ślad z porozrzucanych ubrań. Obojętna była jej tablica z zakazem kąpieli, a mężczyźnie widok nagich pośladków towarzyszki. Jego uwagę kompletnie pochłonął papierek po landrynkach, na który padł, cudem przepchnięty pomiędzy chmurami, promień słoneczny. Poznał charakter pisma. Czarny marker głosił: Śląsk ma wiele kominów, ale żaden tak nie rozgrzewa… Dalsza część przepadła poza ramami papierka.
- Wracaj do blokersów – krzyknął, gdy głowa Joanny wynurzyła się z wody. Podszedł do swojej zaczarowanej granicy i nie tyle widok zmąconej tafli, co jej ciężar wprowadził go w zdumienie. Rozmywał się podczas przeglądania w ołowianych ściekach, a może to kobieta przeistaczała się w ołowianą syrenę.
- A jeśli Dog Niemiecki poprosi mnie o rękę?
- Powiedz mu, pyta, że hej! Ręce trzymaj w kieszeni. Cześć!
Twarz wzbogacona o fale wykrzywiła się. Był to uśmiech człowieka dbającego z niesamowitą pilnością, by jego imię pozostało w ukryciu. Woda zapewniała anonimowość, spowalniała ruchy, które za linią brzegu powodowały konsekwencje. A konsekwencje jego myśli nie pozwalały przekroczyć tej kuszącej granicy, zanurzyć się po czubek nosa. Najzwyczajniej zniknąć w procesie dyfuzji. Kropla krwi za kroplę wody rozpraszającą swoim chłodem wszystkie wyobrażenia.
Mogłoby się tak stać, ale rany po wbitych pazurach Herflika wciąż bolały. Jego misja odnalezienia Joanny stała się obsesją. Może właśnie w ten sposób ludzie się zakochują? Ktoś aplikuje im truciznę, działającą tylko na daną część mózgu. Neurony pobudzają pamięć częściej niż zwykle, w szczególności pewien obszar - obraz, na którym utrwalił się ten on czy ta ona.
- Pora iść dalej – na tarczy zegarka wskazówki ustawiły się do siebie prostopadle, co oznaczało, że bezlitośnie wybiła trzecia. Nigdzie nie poszedł.
- Która strona jest mi pisana? Teraz, gdy Chrystus kona na krzyżu i przebrzmiałe od jego Eli, Eli lama sabachtani chmury robią slalom w kierunku horyzontu, co chwilę zawracając, by rozmywać się razem ze mną?
Coś się szykuje, ale nie miał już odwagi powiedzieć tego głośno. Siła, zwykle popychająca do przodu, ukryła się za symbolami. Raczej kusiła! Spod kusej spódnicy wystawiała nogę, kierując wzrok wprost na spływającą z przyszłych stygmatów krew. Niech się święci – uklęknął i pierwszy raz od wielu lat zasmakowało mu wino. Wyczuwał w nim jakąś metaliczność, jakby grot włóczni przebijającej święty bok dodawał aromatu. To była ta odrobina agresji, jaką wyzwala przyzwolenie na wyładowanie własnej słabości. Później przychodzi realność i trzeba zmierzyć się z tym, co wyczyniają ręce. Każdy mord można upchnąć w ramy sprawiedliwości, dociągnąć gorset, żeby zobaczyć jak mdleje z braku powietrza. Chwila. Rzuca się po podłodze, aż w końcu zamiera. Do działania przystępuje cisza.
Był jeszcze piasek, który wywiódł na pokuszenie i chleb, ciało pozbawione promieni słonecznych, bielsze od piany morskiej – z niej wyszła Wenus dająca jedynie miłość.
Klękając, odrzucił głowę w tył. Czuł na twarzy spojrzenie, godzinę trzecią i chmury. Nie mów, że nie przeistaczasz, bo dom twój stanie się jadłodajnią, sejmem z kanapkami, mównicą oraz ludźmi, uwijającymi się nad tworzeniem nowych obelg. O B E C N O Ś Ć zniknęła, nie pozostawiając nawet szansy na odpowiedź. Właśnie dlatego zaczął krzyczeć:
- Gdzie jesteś?!
- Zamknij się i wejdź do budki telefonicznej – odpowiedziała Joanna, zamykając drzwi drugiej.
Był jej wdzięczny, że z całej kochanej brytyjskości nie wybrała piętrowego autobusu ani nieruchomych facetów. Czerwona budka przypominała raczej szafę,
pozwalającą podglądać z ukrycia przechodniów. Rozmawiających przez telefon nie bierze się pod uwagę. Można stanąć do nich tyłem i niepostrzeżenie poprawić majtki, które złośliwie wżynają się w nieodpowiednią część ciała.- Myślę, że tak będzie łatwiej – Joanna odezwała się w słuchawce.
- Dla kogo?
Ktoś sprytnie ustawił budki plecami do siebie, wbudowując pomiędzy kawałek ściany. Bezimienny żadnym sposobem nie mógł podejrzeć, co robi rozmówczyni. Tylko wyobraźnia podpowiadała, że znów ma czerwone usta.
- Dla mnie. Siedzenie w knajpach zawsze kończy się pod stolikiem, a to nie sprzyja naszej sytuacji, prawda? – Nie odpowiedział, więc kontynuowała. - Dostałam list. Ale on przyjdzie spóźniony.
- Co?
- List.
- List? – Wyobrażanie czerwonych ust osłabiło sprawność jego inteligencji. – Przyjdzie spóźniony? Niemożliwe. Już dotarł na czas.
- Ale będzie spóźniony. Oczko też ma swój krzyż, a jest już przecież po trzeciej. Musi wyzionąć ducha, żeby historia zatoczyła koło. Nie ma innego wyjścia.
- To po co to wszystko? – Chciał odwiesić słuchawkę, skoro i tak słyszał każde słowo bez jej pośrednictwa, ale nagle drzwi otworzył karzeł ubrany w strój ekipy remontowej. Pogroził mężczyźnie palcem, mamrocząc coś o trzymaniu się zasad, karach za niesubordynację, jak również o prognozach pogody. Przestały pozytywnie usposabiać do zachowań zalewu. Bezimienny pokiwał głową. Jaki miał wybór? Stanąć naprzeciw wody i modlić się o deszcz, żeby pozwolił zbliżyć się do krawędzi?
- Wszystko to my. Każda budka z czasem staje się zamieszkała, tylko że nie przez ludzi. Ludzie są głupi…
[Narrator ubolewa, podobnie jak jego bohater, chciałby zobaczyć, co w tej chwili robi Joanna. Czy zaciska kurczowo palce na słuchawce, spoglądając w ziemię? Włosy równie dobrze mogłyby zakryć przeszklone oczy, co być trzymane w ryzach przez wielką spinkę w kształcie ważki. A gdyby siedziała na krześle barowym, żując gumę i od czasu do czasu przekładając nogę? Na ile zmieniłby się dramat?]
…skupiają się na celu, zapominając, że to ruch udowadnia im, że żyją.
- Czy ty jeszcze żyjesz, Joanno? Nie zagłębiając się w hasła, które i tak zostały już milion razy wypowiedziane przez starszych, mądrzejszych, a nawet wieki temu. Nie wiem na ile nasza historia jest skończona, czy może też musi toczyć się w kółko?
Tym razem to nie karzeł, a kobieta otworzyła drzwi. Włosy ani nie opadały na oczy, ani nie zostały upięte w żaden sposób. Swobodnie spływały na ramiona, nie pozwalając jednak przeglądać się w nich. Nie każda tafla chce wchłaniać czy, idąc dalej, przetwarzać krajobrazy. Kosmyki połaskotały go po szyi, kiedy na wzór dziewczynki szukającej schronienia, Joanna przylgnęła do klatki piersiowej Bezimiennego. Nazwane zjawiska stają się oswojone, a on nie chciał zatrzymać tej chwili, która uczyniła z niego bohatera, bo już wiedział, że uratował Oczko.
Na nierozmytej twarzy Zaginionej-księżniczki rysowało się pytanie dotyczące krótkiej refleksji o śmierci. W dalszym ciągu nie był pewny odpowiedzi, ale przeczuwał, że ukrywa się gdzieś w konfrontacjach cmentarnych. Dzieci przemieszczające się między nagrobkami, wysuszone liście, które stają na drodze dęba. Z drugiej strony chłód, nadciągający od ziemi, tylko na pozór przepędzający go płomień znicza. I znów pytanie.
- A skąd pan wie, że pan jeszcze nie umarł?
- Pocałuj mnie – nadstawił się czerwonym ustom, rozchylonym i chętnym pieszczocie. Na wzór Belmonda przejechał palcem po własnych wargach, a ona wraz z Jean Sebereg odegrała wszystkie miny Patricii.
- Zadzwoniłam na policję – powiedziała, nie spuszczając wzroku z warg.
- Po co? To nie ja kradnę samochody, a Michel Poiccard. Zapytaj go, gdy następnym razem pozwoli ci zasnąć przed ekranem, po którym właśnie się przechadza.
- Michel to ty, trzeci krzyż na Golgocie, upadający od pięćdziesięciu lat na paryską ulicę z pomocą policyjnych kul.
Bezimienny bardzo chciał wskazać jej, gdzie to wszystko ma, ale nie pozwoliła mu na to. Odbiła szminkę na jego ustach, kosztując czubkiem języka smak perłowych zębów. Zwężone oczy wtórowały śmiechowi, kiedy stwierdziła, że jest całkiem apetyczny jak na podrzędnego gangstera, ale lepiej by było, gdyby pijał coś z większą ilością gwiazdek. Cała odpowiedź Bezimiennego miała zostać wyrażona w pocałunku, do którego nie doszło. Joanna opuściła budkę, pozostawiając za sobą ślad z porozrzucanych ubrań. Obojętna była jej tablica z zakazem kąpieli, a mężczyźnie widok nagich pośladków towarzyszki. Jego uwagę kompletnie pochłonął papierek po landrynkach, na który padł, cudem przepchnięty pomiędzy chmurami, promień słoneczny. Poznał charakter pisma. Czarny marker głosił: Śląsk ma wiele kominów, ale żaden tak nie rozgrzewa… Dalsza część przepadła poza ramami papierka.
- Wracaj do blokersów – krzyknął, gdy głowa Joanny wynurzyła się z wody. Podszedł do swojej zaczarowanej granicy i nie tyle widok zmąconej tafli, co jej ciężar wprowadził go w zdumienie. Rozmywał się podczas przeglądania w ołowianych ściekach, a może to kobieta przeistaczała się w ołowianą syrenę.
- A jeśli Dog Niemiecki poprosi mnie o rękę?
- Powiedz mu, pyta, że hej! Ręce trzymaj w kieszeni. Cześć!
Limerykalnia
[27.01.10/21:09]
Ha! Wzorując się na facebooku, możemy zadać sobie pytanie, do czego człowiek jest zdolny, żeby tylko nie uczyć się wtedy, kiedy trzeba. Poza milionowych sprawdzeniem czy na liście gg ktoś zmienił opis, czy przyszedł nieoczekiwany mail, czy na fb są nowe testy, czy na wywrocie ktoś wiersz nie dodał itd. itp. - można jeszcze połączyć siły w jakimś kreatywnym miejscu i zacząć poprawiać sobie humor, pisząc limeryki.
Najpierw trzeba zrobić coś dla wprawy. Jeśli np. akurat czytało się opowiadanie o policjantce, która szuka zboczeńca porywającego kobiety i głupio wpada w sidła "kryminalisty", i jeszcze pózniej się okazuje, że za wszystkim stoi były mąż, który nawiązał kontakty z czymś w rodzaju stowarzyszenia byłych mężów, którzy kochają i chcą odzyskać swoje kobiety poprzez roczne tuczenie ich najlepszą kuchnią aż osiągną rozmiary słonia i będzie trzeba wozić je dzwigiem, i nikt inny już ich kochać nie będzie; w takim przypadku można napisać limeryk podsumowujący:
Pewien multimilioner ze Szwecji
miał żonę rozpustną jak greckie freski.
Puściła go kantem,
więc pasł ją bażantem.
Teraz tylko on zna rozmiar kiecki.
Jeśli ktoś czuje jednak, że jeszcze się nie rozpisał, to warto wziąć sobie pod obstrzał coś bliższego:
rudośląski rolnik znad Kłodnicy
czuł do sąsiadki popęd króliczy
swoją starą na pole
a sąsiadkę w oborę
pchał aż przeszkodził wylew tętniczy
Po tym wszystkim można przystąpić do celowania osób bardziej lub mniej znanych. Na przykład obrać sobie taką wywrotę jako zródło rozmaitych ludzi.
1.
opiekacz - Dominika z Elbląga
przed pracą ostro się ziołem zaciąga
szuka wybitnych wierszy
wśród wersów coraz cieńszych
ale nawet lufka nie pomaga
2.
młodziuteńkim poetą spod Gdańska
zawładnęła kobieta słowiańska
do ucha mu szeptała
i za pióro łapała
wciągnęła go wywrota szatańska
3.
Katarzyna z czerwonej wywroty
rozwala grafomanów w soboty
wtem ręka jej zamiera
- na straży ma cerbera
facet chce by spisała erotyk
4.
pewnemu miśkowi z Legnicy
opadł przyrząd poniżej miednicy
nad stanem długo dumał
aż w końcu prawdę skumał
pióra nie chcą machać po próżnicy
5.
emigrant z miasta skąd piwo tyskie
stworzył jaqintyzm na pewnej wyspie
z absurdem paradował
głupio konto skasował
a niech ściemni że to z burzy błyskiem
6.
Joanna co wykłada w Sosnowcu
nie chciała oddawać się w grobowcu
woli w lesie na łące
przy soczystej poziomce
poprawiać teksty swych wywrotowców
7.
Kubie – nie wiadomo już gdzie mieszka –
przyszła chęć na słonego orzeszka.
Przeszukał każdy pokój,
o kaktusy się pokuł,
u nas wyżalić się nie omieszka.
8.
brodaty Grzesiek z Polanowa
rymem przywalić nam planował
ale wyłączono prąd
bo za mały jego żołd
noc może spędzić jak Casanova
9.
urocze opiekunki z wywroty
zamiast ganić nas za wszystkie gnioty
tworzą limeryki
lepsze od krytyki
choć i w te strony mają ciągoty
10.
Lemur (podobno teraz) z Wrocławia
miał w zwyczaju do ludu przemawiać
w knajpie na scenie stawał
wódkę szybko dostawał
by zamiast ciętych słów puszczał pawia
11.
żądny przygód Jacuś Pe. z Warszawy
nie dopuszczał do siebie żadnej baby
każdej słowo przed nosem
ukazywał cienkim głosem
wzdychając wciąż do panny z Iławy
12.
a ten Kliner co nam z wysp dowala
wcale nie ma serca brutala
musi se pomarudzić
nim mu się żona zbudzi
poza ekranem jest misiem koala
13.
jest jeszcze Estelka z trzech polskich miast
która usłyszała poezji wrzask
wróciła na wywrotę
by ożywić martwotę
teraz przywraca rudą Maj do łask
14.
Ewa z miasta w nazwie z krupskim młynem
zapragnęła zmienić się w blondynę
wywrotowcy w ostatniej chwili
od głupoty ją wybawili
częstuje ich teraz grzanym winem
15.
Jest jeszcze Michał z chustką przy nosie,
który nie chce okazać się łosiem
- Andrzeja Cnotliwego
upycha swym kolegom,
sprawniej niż na nie jednym pornosie.
16.
Mówmy o facecie z dolnego śląska:
Tomasza poezja bardzo grząska
wciąga nakazy bogów
tych polskich filologów,
których znajdzie na chińskich zakąskach.
Najpierw trzeba zrobić coś dla wprawy. Jeśli np. akurat czytało się opowiadanie o policjantce, która szuka zboczeńca porywającego kobiety i głupio wpada w sidła "kryminalisty", i jeszcze pózniej się okazuje, że za wszystkim stoi były mąż, który nawiązał kontakty z czymś w rodzaju stowarzyszenia byłych mężów, którzy kochają i chcą odzyskać swoje kobiety poprzez roczne tuczenie ich najlepszą kuchnią aż osiągną rozmiary słonia i będzie trzeba wozić je dzwigiem, i nikt inny już ich kochać nie będzie; w takim przypadku można napisać limeryk podsumowujący:
Pewien multimilioner ze Szwecji
miał żonę rozpustną jak greckie freski.
Puściła go kantem,
więc pasł ją bażantem.
Teraz tylko on zna rozmiar kiecki.
Jeśli ktoś czuje jednak, że jeszcze się nie rozpisał, to warto wziąć sobie pod obstrzał coś bliższego:
rudośląski rolnik znad Kłodnicy
czuł do sąsiadki popęd króliczy
swoją starą na pole
a sąsiadkę w oborę
pchał aż przeszkodził wylew tętniczy
Po tym wszystkim można przystąpić do celowania osób bardziej lub mniej znanych. Na przykład obrać sobie taką wywrotę jako zródło rozmaitych ludzi.
1.
opiekacz - Dominika z Elbląga
przed pracą ostro się ziołem zaciąga
szuka wybitnych wierszy
wśród wersów coraz cieńszych
ale nawet lufka nie pomaga
2.
młodziuteńkim poetą spod Gdańska
zawładnęła kobieta słowiańska
do ucha mu szeptała
i za pióro łapała
wciągnęła go wywrota szatańska
3.
Katarzyna z czerwonej wywroty
rozwala grafomanów w soboty
wtem ręka jej zamiera
- na straży ma cerbera
facet chce by spisała erotyk
4.
pewnemu miśkowi z Legnicy
opadł przyrząd poniżej miednicy
nad stanem długo dumał
aż w końcu prawdę skumał
pióra nie chcą machać po próżnicy
5.
emigrant z miasta skąd piwo tyskie
stworzył jaqintyzm na pewnej wyspie
z absurdem paradował
głupio konto skasował
a niech ściemni że to z burzy błyskiem
6.
Joanna co wykłada w Sosnowcu
nie chciała oddawać się w grobowcu
woli w lesie na łące
przy soczystej poziomce
poprawiać teksty swych wywrotowców
7.
Kubie – nie wiadomo już gdzie mieszka –
przyszła chęć na słonego orzeszka.
Przeszukał każdy pokój,
o kaktusy się pokuł,
u nas wyżalić się nie omieszka.
8.
brodaty Grzesiek z Polanowa
rymem przywalić nam planował
ale wyłączono prąd
bo za mały jego żołd
noc może spędzić jak Casanova
9.
urocze opiekunki z wywroty
zamiast ganić nas za wszystkie gnioty
tworzą limeryki
lepsze od krytyki
choć i w te strony mają ciągoty
10.
Lemur (podobno teraz) z Wrocławia
miał w zwyczaju do ludu przemawiać
w knajpie na scenie stawał
wódkę szybko dostawał
by zamiast ciętych słów puszczał pawia
11.
żądny przygód Jacuś Pe. z Warszawy
nie dopuszczał do siebie żadnej baby
każdej słowo przed nosem
ukazywał cienkim głosem
wzdychając wciąż do panny z Iławy
12.
a ten Kliner co nam z wysp dowala
wcale nie ma serca brutala
musi se pomarudzić
nim mu się żona zbudzi
poza ekranem jest misiem koala
13.
jest jeszcze Estelka z trzech polskich miast
która usłyszała poezji wrzask
wróciła na wywrotę
by ożywić martwotę
teraz przywraca rudą Maj do łask
14.
Ewa z miasta w nazwie z krupskim młynem
zapragnęła zmienić się w blondynę
wywrotowcy w ostatniej chwili
od głupoty ją wybawili
częstuje ich teraz grzanym winem
15.
Jest jeszcze Michał z chustką przy nosie,
który nie chce okazać się łosiem
- Andrzeja Cnotliwego
upycha swym kolegom,
sprawniej niż na nie jednym pornosie.
16.
Mówmy o facecie z dolnego śląska:
Tomasza poezja bardzo grząska
wciąga nakazy bogów
tych polskich filologów,
których znajdzie na chińskich zakąskach.




