

Justyna Barańska – ur. 1988 r. w mieście Wojaczka, mieszka w Rudzie Śląskiej. Studiuje kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.
Uwielbia czerwone buty, fioletowe niebo i Czesławów. Wraz z poznaniem Baudelaire’a w jej życiu na stałe zagościła poezja.
Nagrodzona na Portalu Pisarski za opowiadanie „9”, a wiersz „pięć na dwa” wyróżniła Mirka Szychowiak.
Jej teksty zostały umieszczone w Antologii Forum: Ogród Ciszy, zatytułowanej: „ogrodowe pejzaże” (2009) oraz w Antologii Forum Plezantropia (2009). Wiersze ukazały się również w kwartalniku sZAFa (32/2009).
Używane pseudonimy: anima, hayde, czerwona oranżada.

Opublikowano mnie w:

Ciekawe strony:


Strony związane z literaturą/ czasopisma:
Balkon
[18.01.10/19:49]
Tekst został zamieszczony w Antologii Forum Plezantropia [2009].
„Balkon”
- Deszcz!
Twarz dziewczyny rozjaśniła się, jakby padł na nią promień słońca, ukrytego daleko za kłębami chmur.
Co się robi z takim uśmiechem, żeby nie zniknął? Obrazy, fotografie, filmy... sztuka i wszystko, co martwe. Chwila trwa wieki, ale staje się zombim. Jakby się nad tym zastanowić, to dostrzegam zgniliznę. Chwilę pokrywa zielonkawa maź, cuchnąca z daleka. Dziwne, ale wszyscy stają się spokojniejsi, gdy czują w powietrzu nadzieję. Substytut życia krąży pomiędzy ludźmi, dostarcza im pożywienia, doprowadzając do halucynacji.
Wybiegła na balkon, nie zwracając uwagi na drzwi, które zatrzymały się w ostatnim momencie, unikając zderzenia z mosiężną donicą. Świat rozpłynął się w istotności. Ważny był deszcz, jego strugi spływające po wyciągniętych dłoniach. Nadgarstki otoczyły śliskie węże, łaknące coraz większego kawałka ciała. Bez problemu dostały się pod rękawy bluzy.
- Kiedy ostatni raz go widziałaś? - musiałem otrzymać jakąś odpowiedź, tylko dlatego nie uciekłem jeszcze z tego zatęchłego mieszkania .
- Powinieneś spróbować.
Bez ostrzeżenia złapała moją rękę i szarpnęła w kierunku balustrady. Co miałem zrobić? Próbowałem podążyć tropem jej myśli, wziąć przykład z deszczu i wsunąć się do ciepłego wnętrza. Przejść się neuronami, aż odkryję którąś z mrocznych tajemnic. Potrzebowałem tematu, tymczasem pewność spływała wraz z kroplami.
Ludzie myślą, że mają szansę na zobaczenie zmarłych. Wystarczy za życia być z nimi w jakiś wyjątkowy sposób złączonym albo w ostatniej godzinie podać szklankę zimnej wody. Smak jest silniejszy od naszych pragnień, potrafi przenieść dalej niż sięga wzrok. Woda – pierwszy napój, który Adam zakosztował w Edenie. Sok z jabłka, cieknący po ustach, brodzie... To tylko coś wtórnego – obrazy, fotografie, filmy. „Żyjemy tak, jak śnimy”, ale ludzkie ciała w dalszym ciągu składają się głównie z wody. Gdy dajemy jedną kroplę umierającemu, zaszczepiamy mu siebie. Od tej pory jest więźniem organizmu, który miał czelność zdobyć się na miłosierdzie.
Złapałem dłonie dziewczyny i pociągnąłem pod zadaszenie. Były lodowate, ale nie martwe, wręcz odwrotnie. Zaskoczony odrzuciłem je, żeby z tego chłodu nie wybuchnęło niezbadane źródło ciepła. Kiedyś czytałem, że jeśli wsadzi się coś gorącego i coś letniego do zamrażarki, to pierwsze zamrozi się szybciej. Może życiową energię można wydobyć, idąc w przeciwnym kierunku? Prawdziwa kula ognia została pogrzebana pod skorupami lodu.
- Dlaczego nie potrafisz przestać się bać? - utkwiła we mnie wzrok.
Rzeczywiście, spoglądając w złociste refleksy piwnych oczu, włoski usiane wzdłuż kręgosłupa poczuły się jak w wojsku. Komenda: baczność i wszystkie powstały.
- Który jestem? - chyba nie pojmowała, o co pytam ani dlaczego w ogóle tu jestem. – Media bardzo się tobą zainteresowały, ale od kilku miesięcy nikt nie jest w stanie złamać twojego oporu. Zastanawiałem się, ilu takich, jak ja, miało okazję z tobą rozmawiać, o ile to można nazwać rozmową.
- Pan coś wie na temat R O Z M O W Y? – zabrzmiało to co najmniej ironicznie, ale w końcu udało mi się ją czymś zainteresować. Patrzyła z niedowierzaniem i teraz to ja czułem, że mam przewagę, ale nie cieszyła mnie. Szczególnie nie cieszył mnie strach, który zgasił złociste refleksy.
Czasami nasze masochistyczne zachowanie wymyka się spod kontroli. Widzimy cel i nie ma w tym nic złego, jeśli po drodze nie zezwolimy na upodlenie. Przecież potem będzie wolność. Potem jest do niej coraz dalej. Narkotyk zaczyna działać, uzależnia, omamia... Na koniec dowiadujemy się, że każdy tyran jest masochistą. Szukamy większych od siebie, żeby spoliczkować się własną pięścią.
Miałem się już wycofać, by znów je zobaczyć, doświadczyć złocistych refleksów, ale nie byłem wolnym strzelcem. Miałem zadanie do wykonania. Od dziecka babcia ostrzegała mnie przed wiedźmami, właśnie spotkałem najgorszy gatunek. Kobieta, znająca odpowiedzi na pytania, które nigdy nie padną. Jej umysł stał się ściśle tajny zanim rówieśnicy zaczęli raczkować, zanim jej dłonie otoczyła lodowa pokrywa.
- Nie każdą rozmowę wolno nam wysłuchać. Tamten facet wyciszył szumy, zebrał do kupy skrawki materiału. Był cholernie dobry w swoim fachu. Jak to się mówi? Miał talent. Potrafił sam zrobić sprzęt i ukryć go w przedziwnych miejscach.
Przestała na chwilę mówić, przechodząc się po balkonie. Stanęła tuż za moimi plecami i wiedziałem, że nie mogę szybko się odwrócić. Melodyjny, choć nieco zachrypnięty głos, nawet bez tego przysiadł na ramieniu, tuląc się do szyi.
- Najśmieszniejszy był podsłuch, który udawał prezent. Tak, prezentom zdarza się przywlec ze sobą śmierć. Wie pan, on wysłał tamtą rozmowę do zleceniodawców, ale nie do końca. Miał nosa i wycofał się z ofertą. Sumienie nie jest z gumy. Nie wytrzymałoby kolejnych trupów pośrednio z jego winy. Ale klops, zleceniodawcy sami zabrali taśmy. Afera wyszła na jaw. - Przechyliła się przez balustradę, wyciągając język. Bawiła się na moich oczach, a ja nic nie mogłem zrobić, by przywołać ją do porządku. Nie wolno mi było płoszyć młodych dam. – Takie miały być pytania, prawda? Pan lubi podsłuchy?
- Nie miałem przyjemności korzystać...
- Dobrze. Może pana nie wykorzystają.
Po całym dniu zbierania poszlak, zjaw i geniuszy, trzeba się pocieszyć, że chociaż pamięć jest w miarę sprawna. Leonard Shelby jako przykład na tabula rasa, pączki babci, która po wyciągnięciu ich z oleju, dziękuje, że zrobiłem jej zakupy. Jest jeszcze Smerfeta, nie nosi nic prócz swetra i adidasów. Łatwo zapomnieć, w ilu założonych ciuchach mieszka przyzwoitość. Może wystarczą kalosze z parasolem, by nie zmoknąć? Ale deszcze nie bywają osamotnione. Pod rękę kroczą z wiatrem, liście biegną po asfalcie, całują nagie ciała. Przed nimi jesień pozdrawia i przeprasza, że na dzień dobry zawsze się rozkleja. Nie... to jednak nie pocieszenie. Lepiej zamknąć pamięć do szkatułki, niech łapie się w martwe i straszy z albumu.
- Ten facet – wskazałam podbródkiem na człowieka – zawsze tu stoi, gdy napada go deszcz. Wszystko przez psa. Wielki kudłacz. Nie znam się na rasach, ale ludzie mówią, że gdy zawoła go pan, to zbiegając z czwartego piętra w bloku, mógłby zabić każdego, kto stanie mu na drodze. Nieumyślnie, oczywiście. W bloku, w którym mieszkają, jest wiele dzieci. Jeszcze żadne nie zniknęło, poza tymi, które dorosły.
- Izabelo? Jaki facet? - Deszcz zacinał coraz bardziej, ale nie na tyle by całkowicie uniemożliwić mi widoczność. - Nikogo nie widzę.
- Doprawdy? - odwróciła się w moją stronę. Na ustach pojawił się ten sam uśmiech, którym witała pierwsze krople. - Zatem dopiero dostaniesz prezent i wiesz... może się okazać, że będzie więcej warty niż twoje życie.
„Balkon”
- Deszcz!
Twarz dziewczyny rozjaśniła się, jakby padł na nią promień słońca, ukrytego daleko za kłębami chmur.
Co się robi z takim uśmiechem, żeby nie zniknął? Obrazy, fotografie, filmy... sztuka i wszystko, co martwe. Chwila trwa wieki, ale staje się zombim. Jakby się nad tym zastanowić, to dostrzegam zgniliznę. Chwilę pokrywa zielonkawa maź, cuchnąca z daleka. Dziwne, ale wszyscy stają się spokojniejsi, gdy czują w powietrzu nadzieję. Substytut życia krąży pomiędzy ludźmi, dostarcza im pożywienia, doprowadzając do halucynacji.
Wybiegła na balkon, nie zwracając uwagi na drzwi, które zatrzymały się w ostatnim momencie, unikając zderzenia z mosiężną donicą. Świat rozpłynął się w istotności. Ważny był deszcz, jego strugi spływające po wyciągniętych dłoniach. Nadgarstki otoczyły śliskie węże, łaknące coraz większego kawałka ciała. Bez problemu dostały się pod rękawy bluzy.
- Kiedy ostatni raz go widziałaś? - musiałem otrzymać jakąś odpowiedź, tylko dlatego nie uciekłem jeszcze z tego zatęchłego mieszkania .
- Powinieneś spróbować.
Bez ostrzeżenia złapała moją rękę i szarpnęła w kierunku balustrady. Co miałem zrobić? Próbowałem podążyć tropem jej myśli, wziąć przykład z deszczu i wsunąć się do ciepłego wnętrza. Przejść się neuronami, aż odkryję którąś z mrocznych tajemnic. Potrzebowałem tematu, tymczasem pewność spływała wraz z kroplami.
Ludzie myślą, że mają szansę na zobaczenie zmarłych. Wystarczy za życia być z nimi w jakiś wyjątkowy sposób złączonym albo w ostatniej godzinie podać szklankę zimnej wody. Smak jest silniejszy od naszych pragnień, potrafi przenieść dalej niż sięga wzrok. Woda – pierwszy napój, który Adam zakosztował w Edenie. Sok z jabłka, cieknący po ustach, brodzie... To tylko coś wtórnego – obrazy, fotografie, filmy. „Żyjemy tak, jak śnimy”, ale ludzkie ciała w dalszym ciągu składają się głównie z wody. Gdy dajemy jedną kroplę umierającemu, zaszczepiamy mu siebie. Od tej pory jest więźniem organizmu, który miał czelność zdobyć się na miłosierdzie.
Złapałem dłonie dziewczyny i pociągnąłem pod zadaszenie. Były lodowate, ale nie martwe, wręcz odwrotnie. Zaskoczony odrzuciłem je, żeby z tego chłodu nie wybuchnęło niezbadane źródło ciepła. Kiedyś czytałem, że jeśli wsadzi się coś gorącego i coś letniego do zamrażarki, to pierwsze zamrozi się szybciej. Może życiową energię można wydobyć, idąc w przeciwnym kierunku? Prawdziwa kula ognia została pogrzebana pod skorupami lodu.
- Dlaczego nie potrafisz przestać się bać? - utkwiła we mnie wzrok.
Rzeczywiście, spoglądając w złociste refleksy piwnych oczu, włoski usiane wzdłuż kręgosłupa poczuły się jak w wojsku. Komenda: baczność i wszystkie powstały.
- Który jestem? - chyba nie pojmowała, o co pytam ani dlaczego w ogóle tu jestem. – Media bardzo się tobą zainteresowały, ale od kilku miesięcy nikt nie jest w stanie złamać twojego oporu. Zastanawiałem się, ilu takich, jak ja, miało okazję z tobą rozmawiać, o ile to można nazwać rozmową.
- Pan coś wie na temat R O Z M O W Y? – zabrzmiało to co najmniej ironicznie, ale w końcu udało mi się ją czymś zainteresować. Patrzyła z niedowierzaniem i teraz to ja czułem, że mam przewagę, ale nie cieszyła mnie. Szczególnie nie cieszył mnie strach, który zgasił złociste refleksy.
Czasami nasze masochistyczne zachowanie wymyka się spod kontroli. Widzimy cel i nie ma w tym nic złego, jeśli po drodze nie zezwolimy na upodlenie. Przecież potem będzie wolność. Potem jest do niej coraz dalej. Narkotyk zaczyna działać, uzależnia, omamia... Na koniec dowiadujemy się, że każdy tyran jest masochistą. Szukamy większych od siebie, żeby spoliczkować się własną pięścią.
Miałem się już wycofać, by znów je zobaczyć, doświadczyć złocistych refleksów, ale nie byłem wolnym strzelcem. Miałem zadanie do wykonania. Od dziecka babcia ostrzegała mnie przed wiedźmami, właśnie spotkałem najgorszy gatunek. Kobieta, znająca odpowiedzi na pytania, które nigdy nie padną. Jej umysł stał się ściśle tajny zanim rówieśnicy zaczęli raczkować, zanim jej dłonie otoczyła lodowa pokrywa.
- Nie każdą rozmowę wolno nam wysłuchać. Tamten facet wyciszył szumy, zebrał do kupy skrawki materiału. Był cholernie dobry w swoim fachu. Jak to się mówi? Miał talent. Potrafił sam zrobić sprzęt i ukryć go w przedziwnych miejscach.
Przestała na chwilę mówić, przechodząc się po balkonie. Stanęła tuż za moimi plecami i wiedziałem, że nie mogę szybko się odwrócić. Melodyjny, choć nieco zachrypnięty głos, nawet bez tego przysiadł na ramieniu, tuląc się do szyi.
- Najśmieszniejszy był podsłuch, który udawał prezent. Tak, prezentom zdarza się przywlec ze sobą śmierć. Wie pan, on wysłał tamtą rozmowę do zleceniodawców, ale nie do końca. Miał nosa i wycofał się z ofertą. Sumienie nie jest z gumy. Nie wytrzymałoby kolejnych trupów pośrednio z jego winy. Ale klops, zleceniodawcy sami zabrali taśmy. Afera wyszła na jaw. - Przechyliła się przez balustradę, wyciągając język. Bawiła się na moich oczach, a ja nic nie mogłem zrobić, by przywołać ją do porządku. Nie wolno mi było płoszyć młodych dam. – Takie miały być pytania, prawda? Pan lubi podsłuchy?
- Nie miałem przyjemności korzystać...
- Dobrze. Może pana nie wykorzystają.
Po całym dniu zbierania poszlak, zjaw i geniuszy, trzeba się pocieszyć, że chociaż pamięć jest w miarę sprawna. Leonard Shelby jako przykład na tabula rasa, pączki babci, która po wyciągnięciu ich z oleju, dziękuje, że zrobiłem jej zakupy. Jest jeszcze Smerfeta, nie nosi nic prócz swetra i adidasów. Łatwo zapomnieć, w ilu założonych ciuchach mieszka przyzwoitość. Może wystarczą kalosze z parasolem, by nie zmoknąć? Ale deszcze nie bywają osamotnione. Pod rękę kroczą z wiatrem, liście biegną po asfalcie, całują nagie ciała. Przed nimi jesień pozdrawia i przeprasza, że na dzień dobry zawsze się rozkleja. Nie... to jednak nie pocieszenie. Lepiej zamknąć pamięć do szkatułki, niech łapie się w martwe i straszy z albumu.
- Ten facet – wskazałam podbródkiem na człowieka – zawsze tu stoi, gdy napada go deszcz. Wszystko przez psa. Wielki kudłacz. Nie znam się na rasach, ale ludzie mówią, że gdy zawoła go pan, to zbiegając z czwartego piętra w bloku, mógłby zabić każdego, kto stanie mu na drodze. Nieumyślnie, oczywiście. W bloku, w którym mieszkają, jest wiele dzieci. Jeszcze żadne nie zniknęło, poza tymi, które dorosły.
- Izabelo? Jaki facet? - Deszcz zacinał coraz bardziej, ale nie na tyle by całkowicie uniemożliwić mi widoczność. - Nikogo nie widzę.
- Doprawdy? - odwróciła się w moją stronę. Na ustach pojawił się ten sam uśmiech, którym witała pierwsze krople. - Zatem dopiero dostaniesz prezent i wiesz... może się okazać, że będzie więcej warty niż twoje życie.





Komentarze