

Justyna Barańska – ur. 1988 r. w mieście Wojaczka, mieszka w Rudzie Śląskiej. Studiuje kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.
Uwielbia czerwone buty, fioletowe niebo i Czesławów. Wraz z poznaniem Baudelaire’a w jej życiu na stałe zagościła poezja.
Nagrodzona na Portalu Pisarski za opowiadanie „9”, a wiersz „pięć na dwa” wyróżniła Mirka Szychowiak.
Jej teksty zostały umieszczone w Antologii Forum: Ogród Ciszy, zatytułowanej: „ogrodowe pejzaże” (2009) oraz w Antologii Forum Plezantropia (2009). Wiersze ukazały się również w kwartalniku sZAFa (32/2009).
Używane pseudonimy: anima, hayde, czerwona oranżada.

Opublikowano mnie w:

Ciekawe strony:


Strony związane z literaturą/ czasopisma:
Maski i głosowanie
[17.01.10/19:11]
Przypominam o głosowaniu, które potrwa jeszcze do 21 stycznia. Sytuuję się gdzieś pomiędzy 20 a 30 miejscem, więc jeszcze trochę brakuje, by wejść do pierwszej dziesiątki. A potem w tej kategorii oceniać będzie Sylwia Chutnik. Ciekawa jestem, zwłaszcza, że już na broszce zaistniała. :)
"WIERSZOSTWÓR MASKOWY"
Oscar Wilde:
"Człowiek najmniej jest sobą, gdy mówi we własnym imieniu.
Daj mu maskę, a powie ci prawdę."
Nietzsche:
"Każda głęboka dusza potrzebuje masek:
co więcej, wokół każdej głębokiej duszy maska stale narasta z powodu ciągle złej,
a dokładnie płytkiej interpretacji każdego słowa, kroku, znaku życia, jaki daje".
Istotą wiersza - myśl. Myśl stworzona w obślizgłym mózgu czytelnika, przebiegająca impulsami po nitkach nerwowych. Źrenice rozszerzają się, krzyk: eureka! Jaki zachwyt, jaką radość rodzi boska dedukcja. Czytelniku! Pozazdrości ci jej sam Sherlock, jak tylko wyjdzie z ram sztucznej rzeczywistości. Odpali fajkę, cmoknie, a potem powie: taaa… pora przejść na emeryturę. Czy to cię zadowoli, mój drogi? Uznasz się znawcą, mistrzem wszechrzeczy.
Jak tylko wiara we własne możliwości wzrośnie, zaprosisz ją do siebie. Tej nocy nastąpi twój debiut – otóż przez ostatni miesiąc mierzyłeś się z umiejętnościami literackimi. Ale to wczoraj – tak, tak – wczoraj nareszcie udało ci się spłodzić tekst. Jesteś przekonany, że nazwie go wierszem (a niech spróbuje nazwać banałem! wyrzucisz jak zużytą prezerwatywę przez okno). Teraz jesteś ukrytym Dipplem w skórze dra Frankensteina! Czujesz energię, która ożywiła twój marny twór. I nastała ciemność…
Kobieta – wchodzi (ty w nią jeszcze nie!) do mieszkania. Siada na wskazany fotel i zakłada wypływającą spod małej czarnej nogę na nogę. Czerwone usta goszczą długiego papierosa, choć bardziej pasuje do nich lufka. Kobieta upiorna niemal tak samo jak Cruella Demon (ale zwierząt nie zabija! co to, to nie).
Doktor Frankenstein potrafi być czarujący, gdy się postara. Więc się starasz. Obdarzasz ją przypadkowymi uśmiechami, nalewasz szampana i podajesz. Potem siadasz u jej stóp, niepewnie zdejmując but (wcale ci się nie podobają czarne szpilki. wiesz, że za parę lat będzie miała niesamowite żylaki). Kobieta nic nie mówi, nie spogląda – jest z innej bajki, gdy widzisz jak sączy złocisty napój.
Oddychasz z ulgą, butelka prawie pusta, a ona wciąż nie wyszła. Jest szansa. Zaciągasz rolety, koniec z tandetnym blaskiem księżyca. Muzyka czarnych barw. Bierzesz jeden głębszy wdech, stając za fotelem. Jej włosy dziwnie się mienią, gdy brakuje światła. Liczysz sekundy, które dzielą cię od momentu aż zatopisz w nich dłoń. Nachylasz się nad nią i szepczesz do ucha:
falujące pergaminy zczarniały
w świetle świec. migotanie pod powieką
skrawki porozrywanych świadomości
płynna przestrzeń w coraz płynniejszych
ustach rozcałowanych. siad na parapecie
siad zerwanych firan i baczność.
marsz do zaświatów głębin ocieranych
kiedy nadchodzi śmierć. wieczorami
budzi się ochłodzenie noe płynie arką
po zalanym świecie. płyń i krzycz.
Poznałeś istotę wiersza, gdy o poranku mała czarna zaplątała ci się między nogami. Dziwne, nie sądziłeś, że codzienną wędrówkę może coś zakłócić. Z amoku budzi cię szelest pościeli, jej głos: gdzie śniadanie. Co zrobić, co zrobić? Pora unieść rolety i spojrzeć w twarz odbijającą się w tafli szyby. Stary, ale masz pracowite lędźwie. Zostaniesz królem lędźwiowym.
Wiecie? To zawsze zaczyna się od czytania.
Też bodajże z 2008
"WIERSZOSTWÓR MASKOWY"
Oscar Wilde:
"Człowiek najmniej jest sobą, gdy mówi we własnym imieniu.
Daj mu maskę, a powie ci prawdę."
Nietzsche:
"Każda głęboka dusza potrzebuje masek:
co więcej, wokół każdej głębokiej duszy maska stale narasta z powodu ciągle złej,
a dokładnie płytkiej interpretacji każdego słowa, kroku, znaku życia, jaki daje".
Istotą wiersza - myśl. Myśl stworzona w obślizgłym mózgu czytelnika, przebiegająca impulsami po nitkach nerwowych. Źrenice rozszerzają się, krzyk: eureka! Jaki zachwyt, jaką radość rodzi boska dedukcja. Czytelniku! Pozazdrości ci jej sam Sherlock, jak tylko wyjdzie z ram sztucznej rzeczywistości. Odpali fajkę, cmoknie, a potem powie: taaa… pora przejść na emeryturę. Czy to cię zadowoli, mój drogi? Uznasz się znawcą, mistrzem wszechrzeczy.
Jak tylko wiara we własne możliwości wzrośnie, zaprosisz ją do siebie. Tej nocy nastąpi twój debiut – otóż przez ostatni miesiąc mierzyłeś się z umiejętnościami literackimi. Ale to wczoraj – tak, tak – wczoraj nareszcie udało ci się spłodzić tekst. Jesteś przekonany, że nazwie go wierszem (a niech spróbuje nazwać banałem! wyrzucisz jak zużytą prezerwatywę przez okno). Teraz jesteś ukrytym Dipplem w skórze dra Frankensteina! Czujesz energię, która ożywiła twój marny twór. I nastała ciemność…
Kobieta – wchodzi (ty w nią jeszcze nie!) do mieszkania. Siada na wskazany fotel i zakłada wypływającą spod małej czarnej nogę na nogę. Czerwone usta goszczą długiego papierosa, choć bardziej pasuje do nich lufka. Kobieta upiorna niemal tak samo jak Cruella Demon (ale zwierząt nie zabija! co to, to nie).
Doktor Frankenstein potrafi być czarujący, gdy się postara. Więc się starasz. Obdarzasz ją przypadkowymi uśmiechami, nalewasz szampana i podajesz. Potem siadasz u jej stóp, niepewnie zdejmując but (wcale ci się nie podobają czarne szpilki. wiesz, że za parę lat będzie miała niesamowite żylaki). Kobieta nic nie mówi, nie spogląda – jest z innej bajki, gdy widzisz jak sączy złocisty napój.
Oddychasz z ulgą, butelka prawie pusta, a ona wciąż nie wyszła. Jest szansa. Zaciągasz rolety, koniec z tandetnym blaskiem księżyca. Muzyka czarnych barw. Bierzesz jeden głębszy wdech, stając za fotelem. Jej włosy dziwnie się mienią, gdy brakuje światła. Liczysz sekundy, które dzielą cię od momentu aż zatopisz w nich dłoń. Nachylasz się nad nią i szepczesz do ucha:
falujące pergaminy zczarniały
w świetle świec. migotanie pod powieką
skrawki porozrywanych świadomości
płynna przestrzeń w coraz płynniejszych
ustach rozcałowanych. siad na parapecie
siad zerwanych firan i baczność.
marsz do zaświatów głębin ocieranych
kiedy nadchodzi śmierć. wieczorami
budzi się ochłodzenie noe płynie arką
po zalanym świecie. płyń i krzycz.
Poznałeś istotę wiersza, gdy o poranku mała czarna zaplątała ci się między nogami. Dziwne, nie sądziłeś, że codzienną wędrówkę może coś zakłócić. Z amoku budzi cię szelest pościeli, jej głos: gdzie śniadanie. Co zrobić, co zrobić? Pora unieść rolety i spojrzeć w twarz odbijającą się w tafli szyby. Stary, ale masz pracowite lędźwie. Zostaniesz królem lędźwiowym.
Wiecie? To zawsze zaczyna się od czytania.
Też bodajże z 2008





Komentarze