[sekundę...] 
feed



darmowy hosting obrazków



darmowy hosting obrazków



Justyna D.  B
arańska – ur. 1988 r. w mieście Wojaczka, mieszka w Rudzie Śląskiej. Studiuje kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.
Uwielbia czerwone buty, fioletowe niebo i Czesławów. Wraz z poznaniem Baudelaire’a w jej życiu na stałe zagościła poezja.
Nagrodzona na Portalu Pisarski za opowiadanie „9”, a wiersz „pięć na dwa” wyróżniła Mirka Szychowiak.
Jej teksty zostały umieszczone w Antologii Forum: Ogród Ciszy, zatytułowanej: „ogrodowe pejzaże” (2009) oraz w Antologii Forum Plezantropia (2009). Wiersze ukazały się również w kwartalniku sZAFa (32/2009).

Używane pseudonimy: anima, hayde, czerwona oranżada.


Wywrota - komuna internetowa









Opublikowano mnie w:
  • Szafie (32/2009)
  • Antologii Ogrodu Ciszy
  • Antologii Forum Plezantropia





    Ciekawe strony:










  •  



  • PARA-LAKSA, czyli HEROINA i RÓŻOWY SŁOŃ  na poprawę humoru



  •  



    Image Hosted by ImageShack.us




    darmowy hosting obrazków



    darmowy hosting obrazków




    Strony związane z literaturą/ czasopisma:

    o poecie Ś., dla którego nie ważna jest perspektywa

    [08.12.09/18:56]
    Spotykamy się w autobusie. Nikomu nie chce się gadać. Przed nami cały wieczór uśmiechów, chichotów i rozmów. Potrzebna chwila relaksu, więc P. sugeruje słuchawki, z których wycieka Gabusia: znudziły mi się waszych smoków powtórki… czyli ostatnio jedna z naszych drobnych przyjemności. Widok mamy na tylną szybę i szkoda, że to nie furmanka. Moglibyśmy pomachać nogami, powystawiać po psiemu języki, w końcu bezpańskość to nasz stan cywilny. Tymczasem widzimy świat od tyłu, w którym kurwujący kierowcy wymyślają, co można by zrobić z autobusami-zawali-drogami.

    Katowice osiągamy o zmroku, mimo że w czasie letnim lałby się jeszcze na nas żar. Wykorzystujemy ciemności i przygodę zaczynamy od napadu na kiosk. Pani idzie na ugodę, więc obywa się bez przemocy. Grzecznie podaje towar, grzecznie po chwili droga pędzi pod nogami, bo pozostało nam z dziesięć minut. Śmiejemy się. P. dopytuje się, jak to spotkanie ma wyglądać.
    - Nie wiem – mówię – to moje pierwsze.

    Rondo miała pokrywać szklana kopuła, w której odbywałyby się ważniejsze wydarzenia kulturalne. To była wizja optymistyczna, wierzący w nią zapomnieli o polskich realiach i o tym, że architekci już dawno przestali być super-ludźmi. Dlatego dokładne obliczenia ich przerosły i mamy tylko pół kopuły.
    - Super, wszystkie krzesła pozajmowane – entuzjazm wprost od nas tryska.
    Mijamy kilka znajomych twarzy, pochłoniętych rozmową i jak na porządnych studentów wypada, rozsiadamy się na ziemi. Nawet nie jest taka zimna.

    Po chwili zjawia się poeta Ś. w swoim chyba ukochanym rozciągniętym swetrze i z okularami na czubku głowy, które prawdopodobnie przyrosły tam na stałe. Katowiccy organizatorzy nieco zawstydzeni, postanowili dać nam krzesła, więc mogłam widzieć już nieco więcej poza kryjącą się pod swetrem twarzą.

    Spotkanie jest prowadzone przez dwóch młodych mężczyzn, podobno też piszących, ale ich nie znam, ale nie są w centrum uwagi. Niesamowicie plączą się z pytaniami. Dowiadujemy się jakiś nieistotnych rzeczy, że poeta Ś. ma gdzieś pracę doktorancką pani, bodajże z artPapieru, i do tego wcale nie czuje się jakoś super, będąc przedmiotem (podmiot to jednak sprawa wyższej rangi). Bo w pracy tej pani chodzi między innymi o wygląd – nie wiem czy samego Ś., czy okładek. W każdym razie poeta zaczyna ukrywać swoje oblicze. Twierdzi, że już nie jest taki przystojny jak kiedyś, postarzał się – ma z jakieś 80 lat, czego metryka niekoniecznie chciałaby potwierdzić. A królik i kapelusz to wymysł jego grafik, pewnego Rosjanina, który jest sąsiadem poety. Na dodatek poeta bardzo mu ufa, zwłaszcza dlatego, że kupuje w tym samym spożywczym chleb czy herbatę, a w tym samym monopolowym tą samą wódkę.

    Czterdzieści i cztery wiersze, które zamieszczone są w jego książce, objęły liczbę wcale nic nieoznaczającą. Zastanawiając się nad tym, można tylko stwierdzić, że to całkiem niezły chwyt. Dobrze być otoczonym swoistą legendą, tajemnicze liczby, tajemnicze wydarzenia, tajemnicze oblicze – kto mi powie, że to nie wzbudza zainteresowania? Lubimy takie pożywki, lubimy pobawić się w odkrywców, a artyści są od tego, by nam je dawać.

    Jak legenda brzmi również przypisywanie poety Ś. do pokolenia Brulionu. Tu prośba samego gościa szanownego, żeby nie uczyć dzieci w ten sposób. Lepiej mówić, że miał w Brulionie krótki epizod, pozwalający mu zadebiutować i tyle. Bo wiecie… pan Ś. nie ma nic do Ducha Świętego, ale kiedy szef jada z Duchem Świętym codziennie śniadania, to on nie chce mieć fanatycznego szefa. Nie chce palić tych samych świństw, co szef ani chodzić do tego samego kościoła, co on.

    W tej części spotkania nie mówił jeszcze o morderstwie, bo wiecie, on planuje zabić pewnego pana, ale poczeka aż ten pan zostanie prezydentem. Na razie ograniczy się do obśmiewania go w wierszach. I brawo!
    Co do trupów, warto w tym momencie wspomnieć innego pana: pana żula, który właśnie przechodzi między publicznością a poetą Ś. i kieruje się na tyły. Tam kładzie się, nie zważając, że niektórzy z nas na niego patrzą. Jego pochrapywanie jeszcze bardziej pozwala wczuć się w atmosferę tego spotkania i tematu „Dwanaście”, wypływającego właśnie na plan główny. Po pierwsze, niedługo będzie można kryminał obejrzeć na ekranach. Po drugie, będą to ekrany telewizyjne. Po trzecie, ma się nim zająć pan od „Rewersu”. Po czwarte, sukę zagra suka poety Ś., z czego jest on bardzo dumny, bo suka będzie wspaniale grała w filmie.

    Pochrapujący żul, czyli kwintesencja mistrza, nie wie, że jego odpowiednik ma zniknąć. Trzy opowieści mu wystarczą, bo skoro wziął się z nikąd, to tam również może odejść. Oj, poeto Ś., czy ty myślisz, że on ma szansę na odejście? Playboya wstydzisz się kupować, a mistrza chcesz nam odebrać?
    Jeden z panów prowadzących, pokazuje wycinek z gazety – to chyba właśnie Playboy - z fragmentem tekstu Ś. Poeta Ś. się dziwi, bo czegoś takiego nie pisał.
    - Będzie proces – mówi i przygląda się uważnie. Badawczo patrzy na rzekomego poetę po lewej swojej stronie – robisz mnie w konia?
    Prowadzący przyznaje się po dłuższej chwili do „psikusa”, poeta Ś. chce zapalić, bo się zdenerwował. Niestety, nad głową ma czujniki, więc bierze mikrofon (oczywiście nie jest to mikrofon bezprzewodowy) i wychodzi na zewnątrz. Rozmowa prowadzona jest przy uchylonych drzwiach, co jeszcze bardziej nas bawi.

    Wracamy do kina, bo członek publiczności chciałby posłuchać anegdotek z planu „Małżowiny”. Poeta Ś. mówi, że było ich wiele, ale widać, że ta wielość nie zasypuje mu umysłu w tym momencie. Po dłuższej przerwie wybiera dopiero opowieść o sikaniu, które zagrać powinien potrafić każdy aktor. On aktorem nie jest, ale wydawało mu się, że zagrać będzie umiał. Sednem opowieści miało być, że poeta Ś. bardzo drogo sika.
    Może właśnie dlatego próbuje wycofać się ze Świetlików? Czuje się starym, już nie przystojnym półautomatem, który oszukuje fanów. Zabrzmiało to dość prześmiewczo: on automat kontra publiczność koncertów przeżywająca jakieś mistyczne doznania.

    Panowie prowadzący coraz gorzej sobie radzą. Pytania wyczerpały się im już dawno, nasza część sali o nic więcej pytać nie chce, zwłaszcza, że skończyło się rozdawanie książek. Kiedy jeszcze egzemplarze wisiały w powietrzu, rozważałam zaproponowanie mu wspólnej imprezy, ale zestawiając poetę Ś. z miejscem, do którego zmierzałam, z ludźmi znajomymi i tymi, których miałam poznać, okazało się, że to wcale najlepszy pomysł nie jest.

    Wyszliśmy na zewnątrz. Dołączył do nas A. i jeszcze jedna studencka twarz. Pan żul dopadł ledwo co uwolnionego poetę Ś., potem nas. Pytał ile mamy promili we krwi. No, on nie chwaląc się oczywiście, miał już całkiem sporo. Po gumie – trzymanej na wyciągnięte dłoni – miało ich jeszcze przybyć. Dlaczego? To wiedzą już tylko katowickie żule!
    dodaj komentarz

    Komentarze


    brak komentarzy