[sekundę...] 
feed

darmowy hosting obrazków



darmowy hosting obrazków



Justyna B
arańska – ur. 1988 r. w mieście Wojaczka, mieszka w Rudzie Śląskiej. Studiuje kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.
Uwielbia czerwone buty, fioletowe niebo i Czesławów. Wraz z poznaniem Baudelaire’a w jej życiu na stałe zagościła poezja.
Nagrodzona na Portalu Pisarski za opowiadanie „9”, a wiersz „pięć na dwa” wyróżniła Mirka Szychowiak.
Jej teksty zostały umieszczone w Antologii Forum: Ogród Ciszy, zatytułowanej: „ogrodowe pejzaże” (2009) oraz w Antologii Forum Plezantropia (2009). Wiersze ukazały się również w kwartalniku sZAFa (32/2009).

Używane pseudonimy: anima, hayde, czerwona oranżada.


Wywrota - komuna internetowa









Opublikowano mnie w:
  • Szafie (32/2009)
  • Antologii Ogrodu Ciszy
  • Antologii Forum Plezantropia





    Ciekawe strony:










  •  



  • PARA-LAKSA, czyli HEROINA i RÓŻOWY SŁOŃ  na poprawę humoru



  •  



    Image Hosted by ImageShack.us




    darmowy hosting obrazków



    darmowy hosting obrazków




    Strony związane z literaturą/ czasopisma:

    V. Poczta

    [18.12.09/11:35]
    Zima nie jest żadną z pięknych pań. Zaciska usta, przez co cała jej twarz ściąga się jak kokon. Dłonie przybierają pergaminowy odcień i tylko po nich można jeszcze poznać, że ma coś wspólnego z człowiekiem, że zeszła z drzewa, ale wprost na Biegun Północny.
    Zima często popada w szał, a wtedy litość znika z jej słownika. Chodzi po świecie i wyrywa drzewa. Zwiędłe kikuty czernieją w cieniu długiego płaszcza. Właśnie tak wygląda cmentarzysko drzew, park pamięci, do którego dzieci już nie zaglądają.

    Bezimienny spośród wszystkich swoich ja czuł się także dzieckiem i czuł coraz bardziej zimny oddech na karku. Musiał przyspieszyć, żeby nie zgubić śladu Joanny. Zadziwiające, jak szybko kobiety zmieniają miejsca. Raz moczą buty we wschodnich kałużach, by nagle kraść modły w murzyńskiej wiosce. Marzeniami wyruszają w dalekie trasy, gdzie nie muszą się przejmować, czy torebka pasuje do butów i czy makijaż odpowiada sytuacji. A jak ma odpowiadać? Hej, bejbe, wskakuj na drinka.

    Z innych zjawisk, które odkrył i które jednocześnie go niepokoiły, była zmienność jego osobistych dążeń. Najpierw Taka Jedna, za nią kręcił się cały świat, wszystkie ścieżki poczynając od wyraźnych, na rozmytych kończąc. Wydobył z niej dziecko, wykrzesał drobną istotę dla kompensaty. A potem było Oczko, przez którą wplątał się w Joannę. Chciał mieć jedną, a zrobiły się z niej trzy. Może trzeba było uważniej słuchać psa spod Rzymu…

    Marudząc pod nosem o podłości tego świata, niemal zderzył się z przykucniętym budynkiem, opatrzonym wielkimi literami: poczta. Droga, którą podążał, zniknęła pod fundamentami. Zupełnie, jakby ktoś przypadkowo ustawił na zabawkowym torze wyścigowym domek z papieru. Bezimienny obszedł obiekt, zastanawiając się, która odgórna siła spłatała mu figla.
    - No dobrze, skoro już mamy pocztę, trzeba z niej skorzystać.
    Wszedł do środka. Drzwi uderzyły w dzwonek, który rozszalał się jak dzwony kościelne. Kobieta zza lady spojrzała na niego, dając do zrozumienia, że powinien bardziej uważać, bo przeszkadza jej w piłowaniu paznokci.
    - Przepraszam, chciałbym wysłać list – powiedział, podchodząc do niej.
    - To niech pan wysyła, nie? Na co pan czeka?
    - Potrzebny mi długopis, kartka, znaczek i koperta.
    - Nie za dużo tego? – Znów to samo spojrzenie. – A nie może być tylko znaczek i koperta? Napisze pan na piasku palcem i wyjdzie na to samo. Parę ziarenek wsadzi się do koperty, no i proszę… To się nazywa oszczędność, nie?
    - Wolę pisać na papierze.
    - Człowieku, a co z drzewami? Wystarczy już chyba, że zima je kosi, nie? Weź się opanuj, pan. W tym czasopiśmie – wskazała na okładkę, na której jakaś kobieta udawała dobrą matkę, a za plecami ukrywała nóż sporych gabarytów – napisali, że jak wszystkie kartki wypiszemy, to nie będzie czym oddychać. Koszmar, nie? Pozmieniamy się w ryby i będziemy tak śmiesznie podrygiwać jak one, gdy się je rzuci na ziemię. Masakra! A pan chce papier marnować… i to na list. Ludzie już przecież nie pisują listów! Wie pan, który to wiek? Teraz się emalie pisze, co też wcale nie gwarantuje, że odbiorca je przeczyta.
    - Poproszę długopis, kartkę, znaczek i kopertę.
    - A ten znów swoje – oparła się wygodnie na fotelu. Zmierzyła na oko odległość, jaką musiałaby przebyć, żeby podać mężczyźnie wszystko, czego chciał. O, nie! To zdecydowanie o dwa kroki za daleko. – Weźmiesz pan ulotkę, ja ewentualnie pożyczę na chwilę swój długopis, ale to za dwa euro.

    Bezimienny nie chciał się z nią sprzeczać. Nie miał na to czasu. Za chwilę mógł przecież zapomnieć ułożony w głowie, pełen namiętności list. Po pierwsze, należy przeprosić Joannę za ucieczkę. Po drugie, zapewnić, że ma ślicznie czerwone usta. Po trzecie, przekazać, żeby się nie martwiła i wracała do blokersów, bo inaczej z Oczkiem będzie źle.


    Każda księżniczka potrzebuje lustra. Jest tylko jedno, które ogarnia zaginionych. Jest głębokie i pełne tajemnic, kopane późną nocą dla pobrania odpowiedniej ilości poświaty.


    Twój Ararat

    Ps.: Zabierz na drogę parasol, zapowiadają potop.



    Przeczytał jeszcze ze dwa razy tekst, co zmusiło go do dodania tłustej kropki do poświaty. Taki był dumny ze swojej inteligencji, że w pierwszej chwili nie zauważył ręki wysuwającej się ze skrzynki pocztowej. Ktoś już czekał na jego przesyłkę, ale ten ktoś miał brudne paznokcie. Bezimienny niecierpiał niechlujnych pracowników.

    - Podobno nie jest normalnym przeżyć całe życie, nie pozostawiając po sobie śladu. To takie bezduszne, jakby człowieka w ogóle nie było. A ja się narodziłem! – Zachrypiała skrzynka na listy.
    Mężczyzna zaczął sobie wyobrażać poród. Metalowej skrzyni odpina się dolna klapa i wypada z niej mała skrzyneczka. Echo upadku rozbija się o posadzkę. Pracownicy poczty stoją dookoła, bijąc brawo. Cud. Znów jedno miejsce więcej do wybierania listów.
    Nagle bezimiennego ogarnął smutek. Kobieta z okienka wspominała coś o emailach. Co też się stanie z tymi wszystkimi skrzynkami? Będą karmione już wyłącznie pocztówkami z wakacji?
    - Niektóre pytania nadchodzą zbyt wcześnie, jeszcze zanim rozumiemy, o co chodzi i dokąd zmierzamy. Można przez to zgubić drogę, o której wszyscy mówią.

    Moja droga ma tylko jeden happy end – pomyślał. A może raczej jeden organizm, złożony z niepoliczalnej liczby atomów. To droga do świata, z którego nie będzie już ucieczki, w którym będzie trzeba pozostać, wierząc, że cel został osiągnięty. To wreszcie kres poszukiwań z wielką jasnością, jako siłą sprawczą, mobilizującą do podróży.

    - Próbowali zrobić z nas „sztuczne gwiazdy”, żebyśmy błyszczeli na tablicy zasłużonych, między ludźmi, którzy coś w życiu osiągnęli. Wpajano, że indywidualizm to ważna rzecz, ale nie wolno wyskakiwać z rzędu gwiazd. To nasze miejsce i nasz horyzont. A ja się czułem jak „szara eminencja”, która nie potrafi stać się dobrym kompanem dla księżyca. Zawsze było mało, mało, mało… im i mnie.
    - Też lubię Białoszewskiego – powiedział niespodziewanie dla siebie samego, bezimienny. – Z ciebie skrzyneczko to taka bardziej „łyżka durszlakowa”, niż przyjaciel listów. Ale porozmawiajmy o rzeczach ważnych.
    - Pamiętam, gdy pierwszy raz trzymałem ją w ramionach, spod pergaminowej skóry prześwitywały żyły. Mocno pulsowały rozochocone ciepłem, którego wytarta kurtka nie dawała jesienią. Posmakowała wtedy „michałka”. Wypieki na twarzy zdradziły, że tylko ja mogę jej dać odrobinę słodyczy.
    - A potem co? Opróżniona lodówka i serce w zamrażarce?
    - Elka spała za każdym razem, gdy wracałem do domu. Pewnego wieczoru nie miałem już co przytulać. Arek nazwał własną matkę dziwką, mnie idiotą. Uderzyłem go i więcej nie usłyszałem głosu syna.
    - Aha. Pewnie nie miał racji?
    - Ci z osiedla, od których się dowiedział, też się mylili. – Skrzynka zaskrzypiała, była jakby cieplejsza. Chyba zaczęło się wewnątrz gotować. - Moja Elka wróciła po kilku dniach. Po prostu, my chłopaki, zapomnieliśmy, że ma wycieczkę z dzieciakami ze szkoły. Nadal mówiła: kocham cię, a ja od tego czasu nie zadawałem już pytań, musiałem więcej zarabiać na chleb.
    - Tak się zostaje skrzynką na listy? W imię chleba, którego resztki można zebrać ze szczelin w chodniku? Doprawdy, zaczynasz mnie zaskakiwać.

    Bezimienny nie zważając na groźną minę pani z okienka, odpalił papierosa. Odczuwał ogromną potrzebę rekompensaty naiwności płci męskiej.

    - Dzięki zdobytej wiedzy wszyscy mieliśmy utrzymać się na niebie, ewentualnie być spadającą gwiazdą, która spełnia życzenia. Tylko, ja pytam, co z łyżką durszlakową? Czy rozstawiono nam nad głowami haczyki, by zawiesić ją na błękicie?
    - Wiesz, stary? Ty lepiej trzymaj ten list, a ja idę dalej.

    Ręka zniknęła w czeluściach blaszanej skrzynki.
    dodaj komentarz

    Komentarze


    poem [18.12.09/16:39]

    hmm

    Joanna ma usta o barwie malinowej. pozdrawiam ;)